Thursday, October 18, 2012

18: Pojemne chodniki

Dowóz do samych drzwi sklepu — na ulicy miejsca nie ma, za to chodniki w Toruniu pojemne są. Mieszkańcy powinni się zapewne cieszyć, że samochody dostawcze nie zajeżdżają z naczepami. Scenka z ul. Kościuszki (w tle skrzyżowanie ul. Staszica) — ale takich obrazków w Toruniu jest na potęgę.

Numer rejestracyjny: WOT JU43

Później wielkie zdziwienie, że rowerzyści i piesi dokonują akrobacji zachowując się adekwatnie do nienormalnych sytuacji.

Monday, October 15, 2012

16: Z rowerem lepiej

Na stronach europejskiej inicjatywy „BICY” opublikowano wielojęzyczne opracowanie na temat jazdy rowerem „Trendy Bicycle — 20 powodów dla jazdy na rowerze”. Niektóre punkty z tego podsumowania nawet mnie (pozytywnie) zaskoczyły:
  • klienci sklepów przyjeżdżający rowerem do sklepu wydają średnio o 10€ więcej od kierowców,
  • na jednym miejscu parkingowym dla samochodu mieści się od 7 do 9 rowerów,
  • śmiertelne żniwo zbiera samochodów jako narzędzie wypadku, ale 10 razy więcej osób jest zabijanych przez zanieczyszczenia środowiska i brak ruchu bedące skutkiem jazdy samochodem,
  • presja na jazdę w kaskach zwiększa zagrożenia w ruchu miejskim (gdyż liczba urazów głowy nie spada, za to rowerzyści rezygnują z jazdy rowerem).
Zachęcam do zapoznania się z całą broszurą — .
Autorem ikony PDF jest Gurato.

15: MZD — bo krzewy zza zakrętu wyskoczyły

Natura płata figle — kierowcom non-stop polne drzewa wyskakują na drogę, a MZD tak ładnie wyszedł z wirażu, żeby zderzyć się z krzewami.

ul. Grudziądzka (skrzyżowanie z Kościuszki), widok na północ

No… tak dobrze MZD chciał, a tu pech, sami rowerzyści widzą… Ja w każdym razie widzę dyletanctwo — ścieżki rowerowej MZD nie puści tuż przy klatkach, nie można jej przerzucić na drugą stronę Grudziądzkiej, bo tam na chodniku miejsca nie ma. Jeśli mieszkańcy nie zaprotestują to jeszcze jakiemuś tytanowi intelektu wpadnie do łepetyny usunięcie krzewów (które obecnie pełnią rolę prowizorycznej ochrony przed hałasem i brudem z ulicy).

A dyletanctwo dlatego, iż rowerzystom przychodzi pchać rower (jedyny legalny sposób poruszania się na tym odcinku), gdyż MZD przejawia ośli upór wtłaczania dróg rowerowych w chodniki. Tymczasem wszystkie przeprofilowania ul. Grudziądzkiej (i nie tylko tej ulicy) proszą się o zintegrowanie drogi rowerowej z ulicą. W końcu w przypadku braku ścieżki rowerowej rowerzyści mają obowiązek jazdy ulicą, a nie chodnikiem, więc czemu to w świetle chodników „buduje się” drogi rowerowe?

Rozwiązałby się automatycznie problem jeżdżenia rowerem po chodniku i chodzenia po ścieżkach rowerowych. 

Ale MZD „buduje” drogi rowerowe poprzez podział chodników, bo samochodziki mają bezwzględny priorytet. No i taniej, często „budowa” to po prostu maźnięcie ciągłej linii białą farbą (klasyk — ul. Gagarina). Efekt jak na powyższym zdjęciu — i śmieszny i głupi.



„Upolowałem” dziś kolejnego królewicza, który lubi podjeżdzać pod drzwi sklepów (ul. Podgórna, za skrzyżowaniem z Wiązową, widok w kierunku wschodnim):

numer rejestracyjny: CT 0471E

Podwójne wykroczenie — zatarasowanie chodnika i postój w niedozwolonym miejscu (B-36: zakaz zatrzymywania się). Korzystając więc z okazji zgłosiłem sprawę nie Straży Miejskiej, a Policji. Co tam — raz się żyje — przetestuję procedury obu służb.

Sunday, October 14, 2012

14: Zaproszenie do dojenia

Jedną z ciekawszych pozycji budżetu Polski są wpływy z kar nakładanych na obywateli Polski — co za tym idzie, skutkuje to dość grotestkowym wykonaniem (lub nie) planu nakładania mandatów. Przypomina mi to nieco  plany dostarczania określonej puli więźniów do łagrów w Związku Sowieckim.

Dziś lepiej jest jednak bić tylko po kieszeni, utrzymując niewolnika przy życiu. Ale planu kar nie wykonano, więc coraz głośniej o różnych wariantach przepisów zaciskających pętlę zakazów i nakazów — najpopularniejszy z nich to nakaz, dla rowerzystów, jazdy w kasku. Przepis cenny, bo wymusi zakup kasków, a opornych dziecinnie prosto wyłowić i ukarać mandatem.

Biorąc pod uwagę coraz częstsze przypominanie ze strony zatroskanych żurnalistów, policjantów i innych urzędników pomniejszego płazu o zaletach jazdy w kasku, ten przepis ma dużą szansę zmaterializowania się.

Pretensje do obecnych rządzących mieć jednak trudno — po przepisach o przymusowych szczepieniach ten nakaz to naprawdę pestka, a po drugie ci ludzie zostali entuzjastycznie (bo po raz drugi z rzędu) wybrani do władz przez wszystkich Polaków. Widziały gały co brały (a tym, którzy dumnie w tym momencie wypięli pierś, że oni wybory „bojkotują” — do tryumfu zła wystarczy bezczynność przyzwoitych ludzi).

Miękki zamordyzm nie jest domeną Polski, więc jeśli ktoś chce pocieszyć się niedolą innych:
tymczasem w Australii

Dla porządku — na rowerze jeżdżę w kasku i rękawiczkach. Zawsze. Z banalnego powodu — leczenie nawet drobnych urazów słono kosztuje przy jednoczesnym uszczupleniu pensji o 20%.

 

Monday, October 8, 2012

8: Straż Miejska — nie przeszkadzać

Byłem świadkiem wykroczenia, jak głupi zgłosiłem to Straży Miejskiej, no to mam się z pyszna — tak jak poprzednio to już opisywałem (Odmęty biurokracji) znowu jestem ciągany na Komendę Straży Miejskiej.

Ponownie będę musiał pojechać, tak jak Straży Miejskiej pasuje, kiedy strażnik będzie pracowicie przez pół godziny spisywał to co już przekazałem pisemnie. Cała różnica, że teraz będzie to na urzędowym formularzu i z moim odręcznym podpisem. Oczywiście, aby przesłać formularz do mnie celem podpisania go i odesłania, lub wezwania mnie w dowolnym terminie, żebym już tylko podpisał formularz mowy nie ma.

Wszystko musi być zrobione dokładnie, pracę należy szanować, urzędowy dokument — rzecz święta. Już śp. Jego Wysokość Car Mikołaj I mawiał, że te wszystkie internety to nic dobrego.

Mam za swoje, za karę. Że mi się zachciało porządku. Za to, że zakłócam spokój Straży Miejskiej, kiedy tej dzielnie nie ma na każdym rogu ulicy (a ja naiwnie starałem się tę lukę wypełnić).

Z utrzymywaniem bezpieczeństwa i porządku w mieście moim skromnym zdaniem Straż Miejska sobie nie radzi, natomiast z rugowaniem obywatelskiej postawy — piątka z wyróżnieniem.

Obywatelko, Obywatelu — widzisz wykroczenie lub przestępstwo? Odwróć głowę i idź dalej. W końcu Ciebie także nie może być na każdym rogu ulicy!

I tylko świadomość tej zginilizny pożerającej mój kraj boli…

Thursday, October 4, 2012

4: Android — zapisywanie wycieczek

Do zapisywania przejechanych tras używam jednocześnie dwóch programów.

My Tracks (w rzeczywistości takiej mapy nigdy nie widzę)

Pierwszy z nich to My Tracks — ze względu na ograniczenia oraz związek z Google Maps (a nie Open Street Maps) służy mi wyłącznie do podliczenia statystyki trasy (maksymalna prędkość, największa stromizna, itp.) oraz do „pochwalenia się” trasą. Bezpośrednio z My Tracks można przesłać trasę do Google Maps, a stamtąd uzyskać link, który możemy przesłać znajomym e-mailem.

Ważne: warto mieć na uwadze, że dokładne rejestrowanie trasy i jednocześnie szerokie publikowanie jej przebiegu nie jest wskazane, gdyż mimochodem wyjawiamy nasze miejsce zamieszkania (GPS złapie sygnał po wyjściu z domu). Albo więc nie publikujmy swoich tras, albo zaczynajmy i kończmy rejestrację w sporej odległości od domu.

Kluczową natomiast dla mnie aplikacją jest OSM Tracker ze względu na jego ścisłą orientację z projektem Open Street Maps (w przeciwieństwie do Google Maps jest to projekt społeczny) i fakt, iż jest to program open-source.

OSM Tracker

Tutaj podobnie jak w My Tracks zarejestrujemy trasę, ale także dodamy znaczniki — np. informację, iż dany kawałek drogi był asfaltowy, albo że w danym miejscu przejechaliśmy przez most. Możemy także „znakować” obiekty — kapliczki, tężnie, wyciągi narciarskie (obiekty warto objeżdzać, aby mieć zapis ich rozmiarów). Ponieważ nigdy nie jestem pewien, czy po powrocie do domu będę pamiętał sens technicznego znacznika, więc zawsze po dodaniu go (np. „track — grade 5”) dodaję notatkę tekstową („beton”).

Po przejażdżce wprost z OSM Trackera wysyłamy trasę do OSM (w trybie „private”) i zaczynamy pracę kartografa (na komputerze) — logujemy się, przechodzimy na nasze konto, wybieramy funkcję „my traces”, a następnie z listy zarejestrowanych tras wybieramy („edit”) ostatnio przejechaną. Zobaczymy teraz mapę w trybie edycji.

Przesuwamy mapę w ślad za naszą trasą do chwili, aż zobaczymy, że istniejące dane nie zgadzają się z naszą wiedzą — począwszy od braku drogi, przez błędne, niepełne informacje o drodze (np. nieznana nawierzchnia), do nieoznaczonych obiektów.

Ten wpis nie jest kursem edycji OSM — ale obsługa jest intuicyjna, a zacząć zawsze można (a nawet należy) od małych kroczków. Satysfakcja z bycia Kolumbem jest za to murowana; napędza do częstszych i dalszych wycieczek, aby odkrywać nieodkryte (przynajmniej w wymiarze OSM).

Jak przygotować mapy na trasę — o tym w kolejnym odcinku. Tymczasem na deser:
Nieszawa — przeprawa przez Wisłę (teraz już oznakowana)

Monday, October 1, 2012

1: Wycieczki z Androidem

Siłą napędową zakupu pierwszej komórki (legendarnej Nokii 3310 — nadal ją posiadam, w pełni sprawną) była możliwość zadzwonienia z drogi po odpowiednie służby w razie wypadku. Z czasem doceniłem jednoczesne dokumentowanie napotykanych wykroczeń, a ponieważ noszenie ze sobą aparatu fotograficznego było uciążliwe, zdecydowałem się na zakup tzw. smartfonu.

W praktyce jednak to nie wbudowany aparat fotograficzny okazał się najcenniejszą cechą smartfonu, a… odbiornik GPS. Ta cecha wywróciła do góry nogami moje wycieczki rowerowe. Raz, że mogę zaplanować z wyprzedzeniem trasę, a następnie nawet w gęstym lesie z dokładnością do kilku metrów sprawdzić, czy jadę zgodnie z planem (papierowych map coraz częściej używam już tylko w domu, aby jednym rzutem oka „rozejrzeć się” po okolicy).

Dwa — i to mi sprawia największą frajdę — mogę śledzić swój przejazd i po powrocie do domu dodać do społecznościowej akcji „kartograficznej” (Open Street Map) nie naniesione do tej pory drogi, szlaki, czy całe obiekty (np. kościoły, boiska, parkingi). Można poczuć się współczesnym Kolumbem w mikro-skali i zmienić własną percepcję jazdy — to już nie jest „zabłądziłem w lesie”, tylko „oznaczam interesującą trasę”.

O Androidzie, GPS-ie i programach pomocnych na wycieczkach w kolejnym wpisie, a teraz o dwóch telefonach, które warto rozważyć na początku zabawy z Androidem. Oba posiadają wszystkie podstawowe funkcje (GPS, NFC, aparat fotograficzny z lampą błyskową, możliwość rozszerzenia pamięci oraz czujnik zbliżeniowy — kiedy podczas rozmowy przybliżamy i oddalamy telefon od twarzy, samoczynnie wyłącza i włącza on ekran).

LG Swift L5 (E610)

To telefon z 4 calowym wyświetlaczem i z relatywnie nowym systemem (Android 4.0). Dla mnie jedynym poważnym mankamentem jest właśnie duży wyświetlacz i brak zaokrągleń — trudno nosi się ten telefon w kieszeni.

Samsung Galaxy Ace 2 (GT-I8160)

Mniejszy, bo 3,8 calowy ekran i zaokrąglone rogi sprawiają, iż Ace 2 można już wygodnie włożyć do kieszeni spodni. W stosunku do L5 ma dodatkowo wbudowaną przednią kamerę, ale też starszy system (Android 2.3). Niestety piętą achillesową tego telefonu jest fatalna czytelność ekranu w słońcu (jasność ok. 25% w L5 odpowiada ok. 75% w Ace 2).

Co ważne oba aparaty mają pojemne baterie, które wystarczają na potrzeby GPS (odbiornik jest bardzo prądożerny). Od 100% naładowania po 6 godzinach pracy GPS-u pozostaje około 45%. Mniejsze telefony (z siłą rzeczy mniej pojemnymi bateriami) trudno rekomendować na wycieczki.

L5 kosztuje ok. 640 złotych, Ace 2 jest dużo droższy — ok. 900 złotych. Jeśli więc gabaryty nie są problemem, według mnie LG L5 jest lepszym zakupem. W obu przypadkach należy zwrócić uwagę, żeby nie kupić telefonu prezentacyjnego (z wystawy), z używaną baterią (w nowym aparacie bateria powinna być zapakowana oddzielnie, a całość w nierozpakowanym pudełku).