Thursday, October 4, 2012

4: Android — zapisywanie wycieczek

Do zapisywania przejechanych tras używam jednocześnie dwóch programów.

My Tracks (w rzeczywistości takiej mapy nigdy nie widzę)

Pierwszy z nich to My Tracks — ze względu na ograniczenia oraz związek z Google Maps (a nie Open Street Maps) służy mi wyłącznie do podliczenia statystyki trasy (maksymalna prędkość, największa stromizna, itp.) oraz do „pochwalenia się” trasą. Bezpośrednio z My Tracks można przesłać trasę do Google Maps, a stamtąd uzyskać link, który możemy przesłać znajomym e-mailem.

Ważne: warto mieć na uwadze, że dokładne rejestrowanie trasy i jednocześnie szerokie publikowanie jej przebiegu nie jest wskazane, gdyż mimochodem wyjawiamy nasze miejsce zamieszkania (GPS złapie sygnał po wyjściu z domu). Albo więc nie publikujmy swoich tras, albo zaczynajmy i kończmy rejestrację w sporej odległości od domu.

Kluczową natomiast dla mnie aplikacją jest OSM Tracker ze względu na jego ścisłą orientację z projektem Open Street Maps (w przeciwieństwie do Google Maps jest to projekt społeczny) i fakt, iż jest to program open-source.

OSM Tracker

Tutaj podobnie jak w My Tracks zarejestrujemy trasę, ale także dodamy znaczniki — np. informację, iż dany kawałek drogi był asfaltowy, albo że w danym miejscu przejechaliśmy przez most. Możemy także „znakować” obiekty — kapliczki, tężnie, wyciągi narciarskie (obiekty warto objeżdzać, aby mieć zapis ich rozmiarów). Ponieważ nigdy nie jestem pewien, czy po powrocie do domu będę pamiętał sens technicznego znacznika, więc zawsze po dodaniu go (np. „track — grade 5”) dodaję notatkę tekstową („beton”).

Po przejażdżce wprost z OSM Trackera wysyłamy trasę do OSM (w trybie „private”) i zaczynamy pracę kartografa (na komputerze) — logujemy się, przechodzimy na nasze konto, wybieramy funkcję „my traces”, a następnie z listy zarejestrowanych tras wybieramy („edit”) ostatnio przejechaną. Zobaczymy teraz mapę w trybie edycji.

Przesuwamy mapę w ślad za naszą trasą do chwili, aż zobaczymy, że istniejące dane nie zgadzają się z naszą wiedzą — począwszy od braku drogi, przez błędne, niepełne informacje o drodze (np. nieznana nawierzchnia), do nieoznaczonych obiektów.

Ten wpis nie jest kursem edycji OSM — ale obsługa jest intuicyjna, a zacząć zawsze można (a nawet należy) od małych kroczków. Satysfakcja z bycia Kolumbem jest za to murowana; napędza do częstszych i dalszych wycieczek, aby odkrywać nieodkryte (przynajmniej w wymiarze OSM).

Jak przygotować mapy na trasę — o tym w kolejnym odcinku. Tymczasem na deser:
Nieszawa — przeprawa przez Wisłę (teraz już oznakowana)

Monday, October 1, 2012

1: Wycieczki z Androidem

Siłą napędową zakupu pierwszej komórki (legendarnej Nokii 3310 — nadal ją posiadam, w pełni sprawną) była możliwość zadzwonienia z drogi po odpowiednie służby w razie wypadku. Z czasem doceniłem jednoczesne dokumentowanie napotykanych wykroczeń, a ponieważ noszenie ze sobą aparatu fotograficznego było uciążliwe, zdecydowałem się na zakup tzw. smartfonu.

W praktyce jednak to nie wbudowany aparat fotograficzny okazał się najcenniejszą cechą smartfonu, a… odbiornik GPS. Ta cecha wywróciła do góry nogami moje wycieczki rowerowe. Raz, że mogę zaplanować z wyprzedzeniem trasę, a następnie nawet w gęstym lesie z dokładnością do kilku metrów sprawdzić, czy jadę zgodnie z planem (papierowych map coraz częściej używam już tylko w domu, aby jednym rzutem oka „rozejrzeć się” po okolicy).

Dwa — i to mi sprawia największą frajdę — mogę śledzić swój przejazd i po powrocie do domu dodać do społecznościowej akcji „kartograficznej” (Open Street Map) nie naniesione do tej pory drogi, szlaki, czy całe obiekty (np. kościoły, boiska, parkingi). Można poczuć się współczesnym Kolumbem w mikro-skali i zmienić własną percepcję jazdy — to już nie jest „zabłądziłem w lesie”, tylko „oznaczam interesującą trasę”.

O Androidzie, GPS-ie i programach pomocnych na wycieczkach w kolejnym wpisie, a teraz o dwóch telefonach, które warto rozważyć na początku zabawy z Androidem. Oba posiadają wszystkie podstawowe funkcje (GPS, NFC, aparat fotograficzny z lampą błyskową, możliwość rozszerzenia pamięci oraz czujnik zbliżeniowy — kiedy podczas rozmowy przybliżamy i oddalamy telefon od twarzy, samoczynnie wyłącza i włącza on ekran).

LG Swift L5 (E610)

To telefon z 4 calowym wyświetlaczem i z relatywnie nowym systemem (Android 4.0). Dla mnie jedynym poważnym mankamentem jest właśnie duży wyświetlacz i brak zaokrągleń — trudno nosi się ten telefon w kieszeni.

Samsung Galaxy Ace 2 (GT-I8160)

Mniejszy, bo 3,8 calowy ekran i zaokrąglone rogi sprawiają, iż Ace 2 można już wygodnie włożyć do kieszeni spodni. W stosunku do L5 ma dodatkowo wbudowaną przednią kamerę, ale też starszy system (Android 2.3). Niestety piętą achillesową tego telefonu jest fatalna czytelność ekranu w słońcu (jasność ok. 25% w L5 odpowiada ok. 75% w Ace 2).

Co ważne oba aparaty mają pojemne baterie, które wystarczają na potrzeby GPS (odbiornik jest bardzo prądożerny). Od 100% naładowania po 6 godzinach pracy GPS-u pozostaje około 45%. Mniejsze telefony (z siłą rzeczy mniej pojemnymi bateriami) trudno rekomendować na wycieczki.

L5 kosztuje ok. 640 złotych, Ace 2 jest dużo droższy — ok. 900 złotych. Jeśli więc gabaryty nie są problemem, według mnie LG L5 jest lepszym zakupem. W obu przypadkach należy zwrócić uwagę, żeby nie kupić telefonu prezentacyjnego (z wystawy), z używaną baterią (w nowym aparacie bateria powinna być zapakowana oddzielnie, a całość w nierozpakowanym pudełku).

Sunday, September 30, 2012

30: Rowerowe demoludy — inny świat

W byłych krajach komunistycznych droga do normalności nadal wygląda niepewnie i kiedy niektórzy mają tendencję do pocieszających komentarzy „nie całe 23 lata były zmarnowane, mamy aż 17 km ścieżek rowerowych” (pomijając milczeniem, że niemal wszystkie ścieżki nadają się do rozbiórki), to nie da się ukryć, iż my wszyscy — i optymiści, i pesymiści (i realiści) — z czasem przywykamy do niedoróbek.

Ograniczamy się do przepychanek — krzywe chodniki na moście współdzielone czy nie — a cywilizowany świat nie trwoni czasu, tylko kompletnie przemodelowuje układ swoich miast. I kiedy przybysz z takiego innego, cywilizowanego, świata przybywa do naszego grajdołu inaczej to wygląda, gdy spojrzy świeżym okiem jak niebezpieczne są ulice, jakim wyścigiem zbrojeń jest przygotowanie się do jazdy rowerem…


To akurat materiał o Czechach, ale skąd my to znamy — niebezpieczne ulice, jeżdzenie chodnikami, większość rowerów górskich, źle wykonane ścieżki rowerowe…

Warto posłuchać jaką opinię wystawia Czechom (a nam także) postronny obserwator z Danii.

Saturday, September 29, 2012

29: Toruń — nie dla ludzi (2)

I kolejny kwiatek, tym razem istniejący od wielu, wielu lat:

ul. Łódzka, widok w kierunku wschodnim

Mimo, iż ten odcinek jest w granicach miasta, to nie jest dostępny dla pieszych — pełnoprawnym mieszkańcem Torunia można zostać tylko przez zakup samochodu. Paniska asfaltową jezdnią (która woła o pomstę do nieba), a plebs niech sobie zasuwa po piachu i skacze po torach (ten zakaz przejścia obowiązuje na wiadukcie kolejowym). Wina pieszego, mógł kupić samochód przecież.

Po tym miejscu przejdzie budowa zjazdu z drugiego mostu toruńskiego, ale czy spychanie pieszych do roli podludzi utrzyma się? Pogłoski o „podziale” mostu na część wschodnią i zachodnią nie napawają optymizmem, więc poczekajmy, a na razie… na kolanach obok wiaduktu — nie jesteśmy godni brukać go swym marnym istnieniem!


Friday, September 28, 2012

28: Bo nie mógł wjechać na schody

Regularnie zdarza mi się obserwować cwaniaczków tarasujących i jezdnię i chodnik przy ul. Podgórnej (kilkanaście metrów od skrzyżowania z ul. Wiązową). Jak byk widoczny jest (od strony Wiązowej) zakaz zatrzymywania się i postoju. Także widoczny jest aż nadto plac parkingowy właśnie przy tym skrzyżowaniu (te place to swoją drogą nieszczęście dla wieżowców przy sąsiedniej ul. B.Głowackiego — ale o tym innym razem).

Kierowców z gatunku „ja tylko na minutkę” jednak ani przepisy ani kultura nie obowiązują — a niech sobie piesi i po płocie chodzą, grunt, żeby jednym susem z samochodu wskoczyć do sklepu. Ot, jak na poniższym zdjęciu (widok w stronę ul. Wiązowej; po lewej stronie — niewidoczne na zdjęciu — znajdują się niewielkie sklepiki osiedlowe, kilkanaście metrów za samochodem jest plac parkingowy):

Numer rejestracyjny: CT 5315E

Zawiadomiłem Straż Miejską i mam nadzieję, iż tak bezczelna wolnoamerynka w końcu zostanie ukrócona. Pożyjemy…


Wednesday, September 26, 2012

26: Na przypadkowym rogu ulicy

Cóż robić, już tak mam, iż — w przeciwieństwie do Straży Miejskiej — jak tylko wyjadę z domu toruńskie „ciekawostki”pchają mi się same w ręce. Ot chociażby jak poniższy piknik techniczny na ścieżce rowerowej (ul. Traugutta, widok w stronę Warszawskiej):

Numer rejestracyjny: WF 99505

Można było stanąć tuż przy filarze mostu, przynajmniej piesi nie musieliby chodzić po i pod kablami zasilającymi, można było dokonać świętokradztwa i zająć jeden pas samochodzikom, ale nie — te płytki chodnikowe (sic!) aż kuszą, żeby tu właśnie urządzić sobie postój. A piesi? Rowerzyści? Co będzie człowiek jakimiś śmieciami głowę sobie zaprzątał — grunt to nie myśleć.

Kilka kroków dalej… bulwar ogłosił secesję i urywa się do Gdańska (w tle most kolejowy):

Z cyklu: Wisła zaskoczyła drogowców

Nabrzeże nijak zabezpieczone, stan — lux. Jak na początku roku podawały Nowości, dyrektor MZD, pan Andrzej Glonek w 2011 roku zarobił 122 tysiące. Czyżby na zachętę?

Na deser „pocztówka” ze zmagań toruńskich kierowców — nadal grają na wyczerpanie, aż życzeniowi „inni” w końcu zrezygnują z jazdy samochodem. Na ten wielki dzień zaproszona jest Śnieżka i siedmiu krasnoludków.

It's a long way to Piłsudski Bridge, it's a long way to go…

Tuesday, September 18, 2012

18: Toruń — to nie jest miasto dla ludzi

Władze miasta nadal pompują duże pieniądze w infrastrukturę samochodową — a bo to prestiż, i skok cywilizacyjny (jak stąd do Moskwy). Ludzie schodzą na dalszy plan. Do tej pory jednak pogarda dla pieszego była manifestowana albo na uboczu albo jako zaszłość historyczna.
  Ale to się zmienia — nie tak dawno temu przebudowano wlot Kościuszki w ulicę Grudziądzką i samo skrzyżowanie tych ulic. Przy okazji poszerzono „oczywiście” ulice:

aż 4 pasy przy wylocie z Kościuszki w Grudziądzką

a chodniki przy Kościuszki? Ależ… po co komuś chodnik, niech sobie kupi samochód, a jak już jest taki zatwardziały, trudno, niech sobie poużywa na całych 30 centymetrach.

twór chodniko-podobny — twórcze nawiązanie do minionej epoki

Tak jest, ten paseczek o szerokości półtora płyty chodnikowej nazwano chodnikiem. Jestem ciekaw jak się na nim mieszczą rodzice z dziećmi w wózkach. Dla samochodów gładki asfalt, żeby sobie pupci na fotelu nie odbić, dla pieszych płyta.

I na dobrą sprawę, jak tu się oburzać na widocznego na zdjęciu pana, który spacer kontynuuje (niezgodnie z przepisami) ścieżką rowerową?

MZD od lat konfliktując pieszych i rowerzystów efektywnie ułatwia sobie forsowanie komunikacji samochodowej. To nie są rzeczy wprost nazwane, które natychmiast wywołają agresję — nie. To są drobne przeszkody, drobne konflikty, które doświadczane tysiąc razy („poproś o zezwolenie na przejście ulicy — mimo że jest pusta”) powoli degradują jakość życia i stopniowo eskalują agresję we wspólnej przestrzeni rowerzystów i pieszych. Samochody są niańczone w odrębnej enklawie.
  Najnowsza inwestycja jest świetną ilustracją „jak to się robi w Toruniu”.

A przy okazji — niedawno oddany do użytku odcinek drogi, a znaki poziome już starte, gdyby MZD zrobiło coś bez fuszerki, można byłoby się poczuć nieswojo…

Foto Patrol przez prawie rok był nieaktywny — noszenie ze sobą dodatkowo aparatu jest jednak uciążliwe. Na szczęście technologia pomaga niedzielnym reportażystom — w tym wpisie po raz pierwszy zamieszczam zdjęcia nie z „rasowego” aparatu, a zwykłego telefonu. Telefon u mnie ma tę podstawową zaletę, iż mam go zawsze przy sobie. Blog powinien więc nieco odżyć.